Rozpruta kurtka, wygięte druty w parasolce, wiecznie potargane włosy oraz rozciągnięte spodnie, to efekt przejawu mojej ostatniej aktywności fizycznej. Z racji remontów ulicznych, zdecydowanie lepszym (i zdrowszym) sposobem lokomocji, wydaje się być ciągnięcie każdej trasy z buta, padając tym samym ofiarą pogodowych kaprysów.
Takie spacery, chociaż męczące, dają więcej czasu do przemyślenia pewnych kwestii, a nie tylko – jakby się mogło z początku wydawać – dywagacji na tematy wielkomiejskie, począwszy od obsikanej bramy, a na ilości zliczonych kroków kończąc.

Maturalna gorączka powoli zaczyna dosięgać i mnie. Póki co, widzę, że zamiast uczynnie integrować się z kawą i książkami wszelakimi, o wiele bardziej bawi mnie zgłębianie tajników jogi, tudzież zaczytywanie się w książki, które raczej w kanon lektur maturalnych nie wchodzą (i z tego, co mi wiadomo, nigdy nie wchodziły). Bynajmniej, nie jest to stratą czasu, lecz w moim odczuciu, zwyczajnym czasem ulokowanym w rzeczach bardziej interesujących.
Jeżeli słowa mojego dziadka, uznać za komplement, mogłabym się zacząć rozpływać w narcyzmie, jednak jego powiedzonko „uczeń bez dwój, to jak żołnierz bez karabinu”, skłania mnie raczej do refleksji całkiem przeciwnej, sprawiając że widmo dopuszczającego z fizyki jest jak najbardziej realne, a w związku z tym, że fizyka odeszła mi już prawie rok temu, to moje świadectwo maturalne pozostanie splamione na wieki.

Abstrahując jednak od całego burdelu szkolnego i spraw z nim związanych, mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że wiosna idzie. I to wcale nie jest zbyt dobre, patrząc na moje ambicje. Wszakże, każda słoneczna chwila oznacza jedną chwilę mniej na zajęcie się przyszłością. I w ten sposób, znów zamyka nam się koło na etapie około-maturalnym. Zanosi się też na to, że wszystko będzie wokół tego krążyć, przynajmniej do maja.
„Kurwa”- skwituję za moment bezpośrednio (prostolinijność w tej kwestii jest mi przydatna) i pójdę pouczyć się historii.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.